piątek, 17 lutego 2017

Za ciasne majtki i kolejna twarz Greya

Ciemniejsza strona Greya recenzja
Może tym razem rozmiar okaże się odpowiedni

Ostatni tydzień był ważny. Ważny z punktu widzenia par obchodzących Walentynki, z punktu widzenia malkontentów nie obchodzących Walentynek, jak i z punktu widzenia samotnych - zwłaszcza kobiet - mogących po raz kolejny obchodzić Walentynki z Christianem Greyem. Ja, wpasowałam się gdzieś pomiędzy pierwszą, a drugą grupę, a z Christianem postanowiłam spędzić nie święto zakochanych, a święto... tańszych biletów w Cinemacity.


Myślę, że to kim jest i czym się przysłużył lub zawinił ludzkości pan Grey, nie muszę nikomu mówić. Pierwsze dwie fale wywołane a) publikacją cyklu powieści oraz b) ekranizacją pierwszej z nich, zmiotły z powierzchni każdego, kto kurczowo próbował trzymać się z dala od tej historii. Chcesz czy nie chcesz pana Greya znać musisz. 

Gwoli wyjaśnienia

Śledząc wcześniejsze wątki związane z Greyem, zauważyłam że najpierw wypada jasno określić swoją przeszłość związaną z tą serią. Z reguły tym, co czytali przypada większe prawo do krytyki zarówno powieści, jak i filmów. Chcę z niego skorzystać zatem mówię szczerze: tak - czytałam wszystkie trzy tomy, tak - widziałam ekranizację pierwszej części. Powiem nawet więcej. Mój stosunek do tych dzieł (?) był do tej pory neutralny. Ot, nie ziębiły, nie grzały. Przeczytałam wszystkie trzy części, więc hipokryzją byłoby stwierdzenie, że to "padło, którego nie da się czytać", bo dało. Ekranizację 50 twarzy... też nie wspominam najgorzej, ale drugi raz bym jej nie obejrzała i raczej też nikomu nie poleciła. Pamiętam, że w mojej opinii Dakota uratowała wtedy film.

Film, który wiele obnaża


Do sedna. Luty 2017 przejdzie do historii kinematografii, jako miesiąc, w którym pan Grey pokazał wszystkim swoją ciemniejszą stronę i nie tylko to rzecz jasna. Ale przecież właśnie o to w tym filmie chodzi - by pokazać! Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. I naprawdę chciałabym w tym miejscu opisać jeszcze jakieś inne swoje odczucia, ale tych było jak na lekarstwo. Fifty Shades Darker nie wywołał we mnie nic prócz znużenia i chęci opuszczenia kina. Powstrzymywało mnie jedynie towarzystwo oraz fakt, że zostało mi jeszcze kilka niedojedzonych nachosów. Tyle.

Nie obwiniam za to samego filmu. Dalej uważam, że Dakota Johnoson jest jego najmocniejszym ogniwem, ale jak to się mówi z pustego nawet Salomon nie naleje. Moim zdaniem przeniesienie na duże ekrany drugiej części powieści obnażyło luki w wyobraźni E.L. James. Przede wszystkim przytłacza zbyt duża ilość podjętych wątków. Konfrontacja z byłą partnerką - ba! nawet z dwoma, katastrofa lotnicza, mobbing, szybki awans i jeszcze szybsze (jak dobrze naliczyłam) poczwórne zaręczyny. No, dzieje się, dzieje się aż się nie mogłam doczekać, kiedy dziać się przestanie. Upchnięcie tak wielu wydarzeń w trwającym niespełna dwie godziny sensie sprawia, że całość wypada karykaturalnie. 

Moją uwagę przykuły natomiast piękne stroje. Przyznać trzeba, że postać Any zmienia się, a srebrna satyna, którą wkłada na bal maskowy nie pozwala oderwać od niej wzroku. Tak samo jak... od za małych majtek, znajdujących się pod suknią. I myślę, że z tym właśnie będzie kojarzyć mi się Ciemniejsza strona Greya. Zza ciasnymi gaciami, które wpijają się, męczą i sprawiają, że całość wygląda mało estetycznie.

Kenny Kate

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz